2

 

O książce
Recenzje

Fragmenty
Zdjęcia

Zamówienia

Powrót do str.gł.

 

 

 


Najgorsze są weekendy. Fatalnie się wtedy czuję. Mam za dużo wolnego czasu, zbyt mało zajęć, po prostu nudzę się. Śmiesznie to brzmi, prawda? Tyle rzeczy do nadrobienia, tyle do załatwienia, do odkręcenia, poprawienia, a ja się nudzę!? Ale to prawda. W tygodniu trzyma praca, człowiek się kręci, myśli o klientach, o obowiązkach, nie ma czasu, by zastanowić się nad piciem. W weekend zaczynają się jazdy: tyle wolnego, całe dwa dni, może walnę pod kontrolą jeden czy dwa browary? Lepiej się poczuję, czas szybciej zleci, będzie fajnie. A w końcu cóż to są dwa piwa? Tyle, co nic. I tym razem na pewno już nie pociągnę dalej, teraz wiem, że jestem alkoholikiem, znam wszystkie te podłe i podstępne mechanizmy psychologiczne, spoko, teraz to dopiero pokażę, jaki jestem wyleczony. Na ironię zakrawa fakt, że to właśnie owe mechanizmy tak się odzywają, że to one zafałszowują obraz i powodują, że zaczynam przekonywać sam siebie. Niedawno, na Grupie, powiedziałem, że czego naprawdę się boję w trzeźwym życiu, to własnej osoby. Nie kumpli, nie okazji pojawiających się znienacka, niespodziewanych sytuacji. Z tym można sobie poradzić. Nawet w stosunkowo ekstremalnej konfiguracji, jaka przytrafiła mi się trzy miesiące temu. Pojechałem na nagrodowy wyjazd z firmy. Sam kwiat agentów z całej Polski, między innymi i ja, a co! Wiadomo, co się dzieje na takich wyjazdach, agenci też ludzie, wypić lubią, zresztą to nagroda, ma być fajnie, miło i sympatycznie, a alkohol sprzyja stworzeniu takiej atmosfery. Nie wszystkim, oczywiście.

Przyjechałem. Pierwszy wieczór, kolacja w warmińskiej karczmie, muzyka, tańce śpiew. Poszliśmy całą grupą, luzik i dobre humory. Karczma stylizowana na skansen, nawet sympatycznie to wyglądało, miejsce miało klimat. Ale coś się przeciąga, stoimy w kolejce do wejścia, jakiś zator, czy co? Po kilku minutach doszedłem do drzwi wejściowych i niespodzianka! Wejście tarasują dwie hoże dziewoje w regionalnych ubrankach, obok reszta obsługi, dziewczyny trzymają na rękach tace z kieliszkami, a kelner polewa. Czysta gorzała i mleko, razem zmieszane. „Warmińskie Malibu! Kto nie wypije, nie wchodzi!” I wpuszczają autentycznie po jednej osobie, lufa i dalej, następny. Nie ma przebacz, kobieta czy mężczyzna, bez różnicy. Konsternacja! Co mam zrobić? Wypić? Po co? Wdać się w tłumaczenia, wyjaśnienia? Bez sensu. A moja kolejka zbliża się. Przypomniało mi się, jak podobny dylemat miał Bartosz, który w trakcie terapii zawierał związek małżeński. Wówczas również pojawiła się kwestia, co zrobić, gdy, zgodnie z obyczajem, na przywitanie Pary Młodej, pojawi się chleb i dwa kieliszki: w jednym woda, w drugim wódka. I co wtedy? Liczyć, że wybiorę ten z wodą? A może nie demonizować, w końcu jeden kieliszek, to nie tragedia, zwłaszcza przy takiej okazji. Z drugiej strony, znam przypadek, że Piotrek, po trzech latach abstynencji, wrócił do chlania po wypiciu pół kieliszka szampana „Piccolo” na Sylwestra. Zaskoczyło i już!

Roztrząsaliśmy zagadnienie na Grupie, były różne wypowiedzi, wreszcie Sławek zadał jedno pytanie:

-         Bartosz, a co się takiego stanie, jeśli w ogóle odmówisz wypicia jakiegokolwiek kieliszka? Co takiego się wydarzy w związku z tym?

-         Nic. Tak naprawdę nic się nie wydarzy.

-         No, to odpowiedziałeś sobie na pytanie.

Przypomniała mi się ta scena, gdy stałem przed wejściem do karczmy. Co się stanie, jeśli odmówię wypicia? Nic, nie piję i tyle, kto mnie zmusi?

Kiedy podszedłem do tacy, wziąłem kieliszek i przesunąłem się dalej.

-         Nie, nie, nie – kelnerka zagrodziła mi drogę. – Trzeba wypić.

-         I naprawdę nie wpuści mnie pani, jeśli nie wypiję? Ja w ogóle nie używam alkoholu.

Odstawiłem spokojnie kieliszek na drugą tacę i przeszedłem dalej. Dość energicznie, żeby nie dać panience szansy na protesty, na jakieś ściemnianie: „Jak to? To taka tradycja, tak trzeba”. Jeśli tradycja, to już nie moja.

Chyba nawet nikt nie zauważył mojego manewru i nic dziwnego. To stara prawda, że większość niezręczności powstaje w naszej głowie - to projekcje wykoślawionego umysłu produkującego fałszywe wyobrażenia pod tytułem: „Co się stanie jak nie wypiję? Wszyscy będą patrzeć na mnie, będą wydziwiać, wytykać mnie palcami!” Gówno prawda, z reguły większość obecnych nawet nie zauważy mojego manewru, tak naprawdę każdy jest zajęty sobą. To tylko mi się wydaje, że towarzystwo uważnie mnie obserwuje, mnie – alkoholika.

Zabawa wtedy potrwała do późnych godzin nocnych, ja - spokojnie przy soczku. Tylko raz zapytano mnie, czy skoro nie piję wódki, polać mi winka. Odmówiłem grzecznie i finito. Nikt nie dopytywał się, nie namawiał, nie komentował. Kultura picia niewątpliwie zmieniła się - z mojego punktu widzenia - na lepsze. Ale takie sytuacje specjalnie mnie nie przerażają. Jak wspomniałem najbardziej boję się samego siebie. Chwili, gdy przekonam się, że mogę się napić. Mózg potrafi robić zupełnie nieprawdopodobne rzeczy. Ile czasu trzeba, aby udowodnić sobie, że właśnie dziś jest wyjątkowa okazja, że to taki dzień, iż nie wypicie lub odmowa poczęstunku będzie najgorszą rzeczą, jaką zrobię? Nie mam żadnych wątpliwości, jestem w stanie w ciągu piętnastu sekund bezspornie udowodnić sobie, że m u s z ę się napić. I to napawa mnie autentycznym przerażeniem, bo wtedy nie ma zmiłuj, nikt nie przekona mnie, że popełniam błąd, nic mnie nie powstrzyma. Czasami myślę, co mogłoby się wydarzyć, gdybym sięgnął po alkohol? Być może nic, ale o wiele bardziej prawdopodobna jest sytuacja, że już się nie zatrzymam. Świadomość zmarnowania piętnastu (w tej chwili) miesięcy trzeźwości, potworny żal i wyrzuty sumienia, namacalny dowód, że jednak jestem skazany na picie, pewnie rozwaliłoby mnie dokumentnie. Więc tym razem chyba już do piachu, boję się, że nie udźwignąłbym ciężaru ponownego zapicia. Choć „wpadki” są na porządku dziennym, niejako.

ciąg dalszy wyboru fragmentów


 
 
 
powrót do str. głównej ksiazki