|
O
książce
Recenzje
Fragmenty
Zdjęcia
Zamówienia
Powrót
do str.gł.
|
Najgorsze
są weekendy. Fatalnie się wtedy czuję. Mam za dużo wolnego czasu, zbyt
mało zajęć, po prostu nudzę się. Śmiesznie to brzmi, prawda? Tyle rzeczy
do nadrobienia, tyle do załatwienia, do odkręcenia, poprawienia, a ja się
nudzę!? Ale to prawda. W tygodniu trzyma praca, człowiek się kręci, myśli
o klientach, o obowiązkach, nie ma czasu, by zastanowić się nad piciem. W
weekend zaczynają się jazdy: tyle wolnego, całe dwa dni, może walnę pod
kontrolą jeden czy dwa browary? Lepiej się poczuję, czas szybciej zleci,
będzie fajnie. A w końcu cóż to są dwa piwa? Tyle, co nic. I tym razem na
pewno już nie pociągnę dalej, teraz wiem, że jestem alkoholikiem, znam
wszystkie te podłe i podstępne mechanizmy psychologiczne, spoko, teraz to
dopiero pokażę, jaki jestem wyleczony. Na ironię zakrawa fakt, że to
właśnie owe mechanizmy tak się odzywają, że to one zafałszowują obraz i
powodują, że zaczynam przekonywać sam siebie. Niedawno, na Grupie,
powiedziałem, że czego naprawdę się boję w trzeźwym życiu, to własnej
osoby. Nie kumpli, nie okazji pojawiających się znienacka,
niespodziewanych sytuacji. Z tym można sobie poradzić. Nawet w stosunkowo
ekstremalnej konfiguracji, jaka przytrafiła mi się trzy miesiące temu.
Pojechałem na nagrodowy wyjazd z firmy. Sam kwiat agentów z całej Polski,
między innymi i ja, a co! Wiadomo, co się dzieje na takich wyjazdach,
agenci też ludzie, wypić lubią, zresztą to nagroda, ma być fajnie, miło i
sympatycznie, a alkohol sprzyja stworzeniu takiej atmosfery. Nie
wszystkim, oczywiście.
Przyjechałem. Pierwszy
wieczór, kolacja w warmińskiej karczmie, muzyka, tańce śpiew. Poszliśmy
całą grupą, luzik i dobre humory. Karczma stylizowana na skansen, nawet
sympatycznie to wyglądało, miejsce miało klimat. Ale coś się przeciąga,
stoimy w kolejce do wejścia, jakiś zator, czy co? Po kilku minutach
doszedłem do drzwi wejściowych i niespodzianka! Wejście tarasują dwie hoże
dziewoje w regionalnych ubrankach, obok reszta obsługi, dziewczyny
trzymają na rękach tace z kieliszkami, a kelner polewa. Czysta gorzała i
mleko, razem zmieszane. „Warmińskie Malibu! Kto nie wypije, nie wchodzi!”
I wpuszczają autentycznie po jednej osobie, lufa i dalej, następny. Nie ma
przebacz, kobieta czy mężczyzna, bez różnicy. Konsternacja! Co mam zrobić?
Wypić? Po co? Wdać się w tłumaczenia, wyjaśnienia? Bez sensu. A moja
kolejka zbliża się. Przypomniało mi się, jak podobny dylemat miał Bartosz,
który w trakcie terapii zawierał związek małżeński. Wówczas również
pojawiła się kwestia, co zrobić, gdy, zgodnie z obyczajem, na przywitanie
Pary Młodej, pojawi się chleb i dwa kieliszki: w jednym woda, w drugim
wódka. I co wtedy? Liczyć, że wybiorę ten z wodą? A może nie demonizować,
w końcu jeden kieliszek, to nie tragedia, zwłaszcza przy takiej okazji. Z
drugiej strony, znam przypadek, że Piotrek, po trzech latach abstynencji,
wrócił do chlania po wypiciu pół kieliszka szampana „Piccolo” na
Sylwestra. Zaskoczyło i już!
Roztrząsaliśmy
zagadnienie na Grupie, były różne wypowiedzi, wreszcie Sławek zadał jedno
pytanie:
-
Bartosz, a co się takiego stanie, jeśli w ogóle odmówisz wypicia
jakiegokolwiek kieliszka? Co takiego się wydarzy w związku z tym?
-
Nic. Tak naprawdę nic się nie wydarzy.
-
No, to odpowiedziałeś sobie na pytanie.
Przypomniała mi się ta
scena, gdy stałem przed wejściem do karczmy. Co się stanie, jeśli odmówię
wypicia? Nic, nie piję i tyle, kto mnie zmusi?
Kiedy podszedłem do
tacy, wziąłem kieliszek i przesunąłem się dalej.
-
Nie, nie, nie – kelnerka zagrodziła mi drogę. – Trzeba wypić.
-
I naprawdę nie wpuści mnie pani, jeśli nie wypiję? Ja w ogóle nie
używam alkoholu.
Odstawiłem spokojnie
kieliszek na drugą tacę i przeszedłem dalej. Dość energicznie, żeby nie
dać panience szansy na protesty, na jakieś ściemnianie: „Jak to? To taka
tradycja, tak trzeba”. Jeśli tradycja, to już nie moja.
Chyba nawet nikt nie
zauważył mojego manewru i nic dziwnego. To stara prawda, że większość
niezręczności powstaje w naszej głowie - to projekcje wykoślawionego
umysłu produkującego fałszywe wyobrażenia pod tytułem: „Co się stanie jak
nie wypiję? Wszyscy będą patrzeć na mnie, będą wydziwiać, wytykać mnie
palcami!” Gówno prawda, z reguły większość obecnych nawet nie zauważy
mojego manewru, tak naprawdę każdy jest zajęty sobą. To tylko mi się
wydaje, że towarzystwo uważnie mnie obserwuje, mnie – alkoholika.
Zabawa wtedy potrwała
do późnych godzin nocnych, ja - spokojnie przy soczku. Tylko raz zapytano
mnie, czy skoro nie piję wódki, polać mi winka. Odmówiłem grzecznie i
finito. Nikt nie dopytywał się, nie namawiał, nie komentował. Kultura
picia niewątpliwie zmieniła się - z mojego punktu widzenia - na lepsze.
Ale takie sytuacje specjalnie mnie nie przerażają. Jak wspomniałem
najbardziej boję się samego siebie. Chwili, gdy przekonam się, że mogę się
napić. Mózg potrafi robić zupełnie nieprawdopodobne rzeczy. Ile czasu
trzeba, aby udowodnić sobie, że właśnie dziś jest wyjątkowa okazja, że to
taki dzień, iż nie wypicie lub odmowa poczęstunku będzie najgorszą rzeczą,
jaką zrobię? Nie mam żadnych wątpliwości, jestem w stanie w ciągu
piętnastu sekund bezspornie udowodnić sobie, że m u s z ę
się napić. I to napawa mnie autentycznym przerażeniem, bo wtedy nie ma
zmiłuj, nikt nie przekona mnie, że popełniam błąd, nic mnie nie
powstrzyma. Czasami myślę, co mogłoby się wydarzyć, gdybym sięgnął po
alkohol? Być może nic, ale o wiele bardziej prawdopodobna jest sytuacja,
że już się nie zatrzymam. Świadomość zmarnowania piętnastu (w tej chwili)
miesięcy trzeźwości, potworny żal i wyrzuty sumienia, namacalny dowód, że
jednak jestem skazany na picie, pewnie rozwaliłoby mnie dokumentnie. Więc
tym razem chyba już do piachu, boję się, że nie udźwignąłbym ciężaru
ponownego zapicia. Choć „wpadki” są na porządku dziennym, niejako.

|